Wycieczka na „ucieczkę”

9 lutego klasy 6a oraz 7a  pojechały na wycieczkę (chociaż może należałoby napisać, że na „ucieczkę”) do warszawskiego Fun Escape. Uczniowie zabawę mieli przednią, tytułowe „ucieczki” też zapadną im w pamięć. Nie byli wprawdzie w klasach, ale w słynnych „escape roomach”, nie oznacza to jednak, że czas spędzony na ucieczce od szkoły był ucieczką od treningu w myśleniu.

„Escape roomy” to specjalnie zaaranżowane pomieszczenia, z których trzeba się wydostać. Imitują one najróżniejsze konteksty – od śmiesznych aż po przerażające. Przekraczając ich próg, przenosimy się do osobliwej rzeczywistości, odwzorowującej jakoś wirtualny świat gier komputerowych lub oglądany na ekranach świat filmowy, zasadnicza różnica polega jednak na tym, że my w tej rzeczywistości jesteśmy naprawdę. Ona jest wokół nas, można ją poczuć, dotknąć i zmierzyć. Nie ma żadnych zewnętrznych odniesień, przez ponad godzinę stajemy się częścią tego, czym zwykliśmy się dotąd ekscytować jako bierni obserwatorzy.

Trzeba przyznać, że jest to doświadczenie wyjątkowe – kto nie wierzy, niech porozmawia z uczniami klasy 6 i 7. Każdy pokój ma własną fabułę, każdy skrywa swoje tajemnice i zagadki, rozwikłanie których jest podstawowym zadaniem uczestników. I tu pojawia się moment, w którym nieodzownym staje się wysiłek intelektualny, bo sekrety i rozwiązania skrywane są zazwyczaj za logicznie zazębiającymi się, wielowarstwowo złożonymi zadaniami. Żeby więc przebrnąć przez escape room, trzeba myśleć nieschematycznie i kreatywnie, trzeba łączyć konteksty, dostrzegać niuanse i sprzeczności, mieć indukcyjną smykałkę Sherlocka Holmesa (nikt Wam tego nie powie, ale wielką tajemnicą świata jest to, że Sherlock Holmes indukował, nie dedukował – sir Arthur Conan Doyle się pomylił!).

Escape roomy to zabawa całkowicie bezpieczna, a przy tym przyprawiająca o niespotykany dreszczyk emocji. Jeśli dodamy do tego jej walor edukacyjny, wniosek nasuwa się sam – bardzo warto!

Urszula Trzaskowska

Foto relacja